poniedziałek, 11 sierpnia 2014

In love with you and all your little things; Chanyeol/Chen


- Jestem wykończony. – jęknął Chen, opadając ciężko na fotel w hotelowym pokoju. Razem z EXO-K byli właśnie w trakcie trasy koncertowej w Chinach. Dzisiejszy koncert w Pekinie przyniósł wiele nowej energii i pozytywnych emocji. W końcu nie ma nic porównywalnego do kilku tysięcy ludzi skandujących twoje imię, śpiewających twoje piosenki i kochających każdą część ciebie z całego serca. Główny wokalista przymknął powieki i wzdychając cicho, przywołał na swoje usta delikatny uśmiech. W tym samym momencie usłyszał dochodzący z korytarza hałas i przekleństwa, co oznaczało, że Kai prawdopodobnie znowu został zrównany z ziemią przez własną walizkę. Głośne śmiechy reszty zespołu tylko utwierdziły go w tym przekonaniu. Po chwili rozbrzmiały zbliżające się kroki i drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem.
- Kai jak zwykle… - Chanyeol urwał raptownie, widząc jak zwinięty na fotelu Jongdae wtula się w poduszkę. Nie chciał odbierać mu chwili odpoczynku, których, nie oszukujmy się, nie mieli zbyt wiele. Każdy z nich na scenie dawał z siebie wszystko, jednak nie mógł pozbyć się wrażenia, że głowni wokaliści mają trochę więcej do roboty. Zamknął za sobą drzwi i najciszej jak potrafił, położył bagaż koło swojego łóżka.
- Nie musisz się tak skradać, jeszcze nie śpię. – wymamrotał Chen, uchylając powieki, by spojrzeć na przyjaciela. – Chociaż doceniam twoje poświęcenie. – uśmiechnął się kpiąco. Chanyeol prychnął i pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Niewdzięczny troll…
- Co tam sobie miałczysz pod nosem? – Jongdae uśmiechnął się jeszcze szerzej, unosząc przy tym jedną brew.
Kto tu zawsze miałczy w łóżku, pomyślał raper, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język i postanowił nie drążyć tematu. Wzruszył tylko ramionami i zamiast tego kiwnął głową w stronę łazienki.
- Kto idzie pierwszy?
Chen ziewnął i jeszcze głębiej zapadł się w fotel. – Możesz ty, ja póki co nie dam nawet rady się podnieść.
Chanyeol przewrócił oczami i wstał, by stanąć nad chłopakiem. Złapał go za ręce i pociągnął w górę, tym samym stawiając go na nogi.
- Idź pierwszy, wtedy położysz się wcześniej. Potem nie dam rady cię dobudzić. – popchnął go lekko w stronę drzwi.
- No dobra, niech będzie. – wokalista westchnął teatralnie i śmiejąc się w duchu, wszedł pod prysznic. Zawsze zastanawiało go jak to możliwe, że na pozór dziecinny i wiecznie uśmiechnięty Chanyeol, w rzeczywistości jest taką czułą i troskliwą osobą.
W tym samym czasie do pokoju wpadł Kyungsoo, by przypomnieć im o której mają jutro wstać i przy okazji sprawdzić, czy niczego nie potrzebują. Yeol, wiedząc, że Dośka dzieli pokój z liderem, pożegnał go słowami ‘baw się dobrze’ i na swoje nieszczęście nie zdążył w porę zamknąć drzwi. Chen, który skończył się myć i siedział  już na łóżku, spojrzał na niego ze zdziwieniem i uniósł pytająco brwi.
- Małe to, a takie silne. – mruczał pod nosem raper, rozmasowując obolałe ramię i znikając za drzwiami łazienki. Minął kolejny kwadrans, a Chanyeol wrócił do pokoju i gasząc po drodze światło, skierował się w stronę łóżka, na które opadł z cichym jękiem. Od razu schował się pod kołdrą i z uśmiechem czekał na reakcję Jongdae.
- Przepraszam bardzo, co ty robisz?
- Idę spać, nie widać? – Park silił się na obojętny ton.
- Ale ja cię nie znoszę. – warknął wokalista i odrzucił kołdrę na bok. Po chwili wepchnął się do łóżka Chanyeola i krzyżując ręce na piersi, naburmuszony zaczął wpatrywać się w sufit. Yeol widząc to, roześmiał się głośno i przysunął bliżej chłopaka.
- No już kocie, nie denerwuj się. – objął go w pasie i wtulił nos w zagłębienie na jego szyi, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak to na niego działa. Momentalnie poczuł, że mięśnie wokalisty trochę się rozluźniły, a on sam wtula się w niego jeszcze mocniej.
- Uwielbiasz robić mi na złość, hm? – wymruczał cicho do ucha Chanyeola.
- Tylko czasem. Naprawdę mnie nie znosisz?
-  Naprawdę. – odpowiedział bez większego zastanowienia Chen, choć obaj wiedzieli, że nie było to prawdą.
- Oo… ktoś tu zaraz będzie spał sam.
- No dobra, żartowałem. Kocham cię, przecież wiesz.
- Wiem, wiem. Ja ciebie też, Jongdae. A teraz śpij. – pocałował jego czoło i wdychając tak dobrze mu znany zapach chłopaka, zasnął, jak zawsze u jego boku.

                     

czwartek, 7 sierpnia 2014

Wyrzutek [Minkey]


Stałem z boku, pośród tłumu i patrzyłem jak wylewa łzy. Jedną po drugiej. Ludzie przechodzili obojętnie, rzucali ciekawskie spojrzenia, bądź przystawali by popatrzeć na cierpienie drugiej osoby.

To okropne – pomyślałem, chociaż robiłem dokładnie to samo.

On był wrażliwszy od innych, jednak ten dar okazał się dla niego przekleństwem. Zawód miłosny. W tej chwili wydawało mi się to tak odległe i żałosne, jakby nigdy mnie nie dotyczyło.

Któryś z przechodniów mnie szturchnął przez co zbliżyłem się do chłopaka, ale on tego nie zauważył. Nie reagował na nic. Tkwił myślami w swoim świecie, najwyraźniej wspominał bolesne chwile. Wylał już morze łez, a mimo to nie przestawał. Kucał nadal, wciśnięty pomiędzy dwa budynki.

Z pochmurnego nieba zaczął kropić deszcz. Kobiety piszczały pod nosem i biegiem kierowały się do prac lub domów, a mężczyźni szli dalej tyle, że szybszym tempem. Chłopak ani drgnął. Jego ciemne, falowane włosy mokły, a proste od kropli kosmyki przyklejały się do twarzy i karku.

Nie wiedziałem dlaczego poświęcam mu całą uwagę. Dzieliły nas dwa metry, mogłem mu się dokładniej przyjrzeć, nawet jeśli co chwile ktoś go zasłaniał. Parę lat temu musiałem być identyczny. Z niewiadomych przyczyn odczuwałem jego ból, może dlatego aż tak się z nim utożsamiłem.

Nagle ktoś do niego podbiegł. Chłopak z różowymi pasemkami na grzywce. Poczułem się słabo, a dopiero po chwili doszło do mnie, że wstrzymałem oddech. Podszedłem do pobliskiego sklepu i udawałem, że przyglądam się ekspozycji, a tak naprawdę, chciałem znaleźć się bliżej nich.

Ludzka ciekawość, to kolejna duża wada - pomyślałem.

‘Minho’ wyszeptał tamten, a ja aż drgnąłem słysząc swe imię. ‘Wszędzie cię szukałem. Martwiłem się.’ Kontynuował ciepło chłopak z kolorowymi pasmami włosów, głaskając kojąco drugiego po głowie.

Deszcz się nasilił, a niewzruszone tłumy pędziły przed siebie. Serce mnie ukuło gdy ich oczy się napotkały. Minho automatycznie przestał płakać, ale rozchylone usta wciąż drżały. Badał spojrzeniem, czy nie wymyślił postaci naprzeciw.

‘Kibum…’ Zdążył wymówić czarnowłosy nim skrył się w ramionach ukochanego. ‘Kocham cię’ Dodał mocno się wtulając.

‘A ja cię nigdy nie będę.’ Wyszeptał mu do ucha drugi.

Słyszałem te słowa tak wyraźnie jakbym to ja miał być ich odbiorcą. Dziwiłem się, że chłopak tak szybko się z nimi oswoił i odpowiedział, skoro nawet ja, osoba patrząca, nie mogłem się pozbierać po takim ciosie.

‘Wiem, masz jego. Jonghyun jest szczęściarzem.’

’W takim razie czego ode mnie oczekujesz?’

Minho wsunął dłoń do kieszeni, nie odrywając wzroku od Kibuma.

‘Daj mi jeden pocałunek, pierwszy i ostatni.’

Wpatrywałem się w nich zaintrygowany, modląc się w duchu, by tamten spełnił prośbę chłopaka, który i tak dużo już wycierpiał. Nagle ktoś mnie szarpnął i przyciągnął do siebie, usłyszałem ‘nie mogę tego zrobić.’, a pewiem mężczyzna mnie pocałował. Byłem w szoku, zamarłem na moment w jego ramionach, po czym odepchnąłem napastnika. Nim z powrotem się odwróciłem do dwójki chłopców, zerknąłem na niego przelotem. Miał tak samo kolorową grzywkę oraz wydatne kości policzkowe. To był ten sam chłopak, a raczej już mężczyzna. Stałem lekko zszokowany, nie mogąc opanować łomotania serca, podczas gdy serce mojego imiennika powoli przestawało bić. Leżał teraz na kolanach wrzeszczącego Kibuma ze scyzorykiem wbitym w podbrzusze. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Mężczyzna obrócił mnie przodem do siebie.

‘To złe wspomnienie, Minho’ wyszeptał ciepłym głosem, od którego przeszły mnie ciarki. Otarł kciukami moje policzki i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że spływały po nich łzy.

‘Ki…’Słowa ugrzęzły mi w gardle.

‘Owszem, Key.’ Posłał mi tak promienny uśmiech, że nie sposób było go nie odwzajemnić. ‘Znam lepsze wspomnienia do których możemy wracać oraz ciekawsze miejsca, które możemy odwiedzać.’ Ciągnął Kibum, dalej gładząc moje policzki.

W końcu złapał mnie za dłoń i pociągnął za sobą, ale zatrzymałem się jeszcze na moment.

‘Dlaczego?’ Wydusiłem w końcu, a on od razu zrozumiał, że pytam o to jak się tu znalazł.

‘Parę lat minęło nim zrozumiałem to uczucie, ale jak widzisz poszedłem w twoje ślady.’

Splotłem nasze palce. Pozwoliłem mu, żeby zaprowadził mnie w inne miejsce. Odchodząc spojrzałem jeszcze do tyłu, ale chłopców już tam nie było. Miałem Kibuma tylko dla siebie na wieczność.

                                             


poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Wampir [Jongkey / 2min]

Wezwany nagłym telefonem Kibum, wchodził na drugie piętro. Był środek nocy i niechętnie zebrał się ze swojego wygodnego łóżka. Zapukał do drzwi, które niemal natychmiast się otworzyły. Stał w nich bardzo zdenerwowany Taemin. W powietrzu dało się wyczuć niepokój. Tym bardziej, jeżeli musiało się patrzeć na zakrwawioną brodę oraz bluzkę maknae. Key zlustrował z niesmakiem najmłodszego.


- Ile już razy Ci powtarzałem, żebyś… - nie dane mu było dokończyć, bo został szarpnięty za nadgarstek do środka.


- Nie mogłem się powstrzymać! – mruknął Tae, prawie płacząc.


- To trzeba się z nim w ogóle było nie spotykać!! – krzyknął rozwścieczony Kibum. –Gdzie on jest?


Rudowłosy zaczął wybierać numer na telefonie, palcem wskazując sypialnię, w kierunku której udał się diva. Zatkał usta dłonią, bo zrobiło mu się nie dobrze na widok drgającego Minho, również całego we krwi. W mieszkaniu maknae jak zwykle panował półmrok, więc ciężko było określić w jak złym stanie był raper. Blondyn podszedł do łóżka z trudem powstrzymując się od zwrócenia późnej kolacji. Przyłożył dwa palce do najmniej zakrwawionego miejsca na szyi. Wyczuł tętno i zaczął je odliczać z zegarkiem. Minho powoli odchodził z tego świata… Tae wszedł do pokoju piszcząc oraz wydając bliżej niezidentyfikowane ludzkiemu uchu dźwięki.


- Jongh..yun… Wchodzi już. Zaraz będzie na górze.


Faktycznie pół minuty później Jjong znalazł się w pomieszczeniu. Przepchnął chłopaków, żeby wziąć czarnowłosego na ręce. 

-Musimy się spieszyć. – rzucił ponaglające spojrzenie Kibumowi, po czym wyszedł z mieszkania, niosąc ledwo żyjącego rapera do samochodu.


- Ty zostajesz. – warknął Key na Tae, który szykował się do wyjścia. – Przemyślisz swoją głupotę i czy warto było. 

- Sam wiesz, że to nie jest moja wina… Gdybym miał więcej silnej woli, albo gdyby jego krew była mniej słodka…


- Ostatnio zdarza ci się to za często. Nie ma już szpitala, którego byśmy nie odwiedzili!! Pewnego razu go zabijesz! Rozumiesz, kretynie??!! Trzymaj te swoje zwierzęce instynkty na wodzy, albo przestań się z nim spotykać. Nie myśl tylko o sobie, bo jeżeli nie zginie tym razem to następnym. – ostatnie słowa wręcz wysyczał.


Widział jeszcze, jak Tae ze złości obnaża swoje kiełki, więc trzepnął drzwiami, następnie zbiegając do samochodu. Dino widocznie również nie był w humorze, bo zaczął wrzucać Kibumowi, że za długo mu ze wszystkim schodzi. Ruszyli z piskiem opon w kierunku najbliższego szpitala. Na miejscu obaj wysiedli w tym samym czasie. Biegiem rzucili się do drzwi. Wpadli do środka. Jonghyun trzymał się za serce. Miał zakrwawioną koszulę, więc był wiarygodniejszy. Padł na kolana i zaczął głęboko oddychać. Ludzie szybko zebrali się wokół niego, a blondyn wykorzystał sytuację i pobiegł po krew. Znał rozmieszczenie szpitala, więc szybko trafił do odpowiedniego pomieszczenia. Wziął z lodówki tyle torebek ile zdołał umieścić pod T-shirtem. Były nieprzyjemnie chłodne, Kibuma aż ciarki przechodziły z obrzydzenia. Przed wyjściem złapał jeszcze gazę i wodę utlenioną. Ruszył z powrotem do wejścia, gdzie Jjong dał pomóc sobie wstać, dość przystojnemu lekarzowi. Widział jak starszy dyskretnie na niego spogląda, więc poszedł do auta. Jongyun znalazł się w nim minutę później. Odjechali kawałek od szpitala na parking blisko lasu. Cała akcja zabierała nie więcej niż 7 minut, ale było to bardzo stresujące 7 minut, odbierające co najmniej 3 godziny spokojnego życia.


- Ja go będę trzymał, a Ty mu podaj krew. – zarządził Dino, który chwilę później siedział już z tyłu na fotelu, podnosząc nieprzytomnego rapera do pozycji siedzącej.


Kibum znalazł się po drugiej stronie. Otworzył jedną torebeczkę, po czym z trudem wlewał ją w usta Minho. Po ilości, jaka znalazła się na bluzce młodszego, przypuszczał, że nawet pół torebki nie trafiło do organizmu. Jednak lepsze było to niż nic. Inaczej by umarł. 

- Biorę go do siebie. – powiedział Jjong.


- Jadę z wami.


- Wiesz, że nie mam tyle miejsca, żeby pomieścić na łóżku was obu i siebie. Chyba, że nie przeszkadza ci perspektywa spania, obok prawie trupa.


Diva miał delikatne awersje do krwi, jednak wizja zostania samemu w domu bardziej go przerażała. Wolał zostać u boku kogoś znacznie silniejszego.


- Chcę iść do ciebie, proszę.


Key zrobił tak słodką minę, że nikt nie byłby w stanie odmówić. Chwilę później odjechali z parkingu.


- Jak myślisz, czemu to robi? –zagadał blondyn w trakcie powrotu do domu Jonghyuna. – Taemina staram się jeszcze trochę rozumieć. – wylał wodę utlenioną na gazę. – Przychodzi moment, że potrzeby biorą w górę, dlatego rzuca się na kochanka, ale Minho? Po co tam łazi, wiedząc co go czeka? –delikatnie zaczął przemywać zakrzepniętą krew na szyi rapera.


Słychać było głośne westchnięcie. Starszy najwyraźniej zastanawiał się nad odpowiedzią.


- Pewnie go po prostu kocha. Możliwe, że ma nadzieję, że dzięki temu Tae, stanie się kiedyś silniejszy…


- Myślisz, że oni TO robili, zanim… -odchrząknął cicho.


- Wątpię. Na pewno zaczął go podniecać, krew wtedy zaczyna szybciej płynąć i wręcz buzować. Tae nie wytrzymał tego, a nadzieje Minho ponownie zawiodły. Wydaje mi się, że to najprawdopodobniejszy scenariusz.


Zapadło milczenie. Nastała dłuższa cisza. Kibum kończył przemywać ranę na szyi, bo gaza już do niczego się nie nadawała.


- Przecież to poświęcenie. Trzeba by było być idiotą, żeby łudzić się iż wampir kiedykolwiek przestanie pragnąć krwi. Nie mam racji? Dobrze, że mamy tylko jednego w zespole.


Jonghyun nie odpowiedział. Uniósł kącik ust w uśmiechu, którego nikt nie mógł dostrzec. Pomyślał o tym, jak raz stracił kontrolę przy Kibumie. Dokładnie w momencie, który wcześniej opisał. Wgryzł się w szyję ukochanego, delektując się jego krwią. Na szczęście zdołał się w porę od niego oderwać, by go nie zabić. Młodszy stracił przytomność, a o poranku zupełnie nic nie pamiętał. Dino wykorzystał ten fakt. Zakazał Keyowi wstawać przez parę dni, dopóki ślady się nie zabliźniły i dbał o niego jak o księżniczkę. Od tamtej pory walczył sam ze sobą, dzięki czemu stał się silniejszy. Obiecał sobie, że to już nigdy się nie powtórzy, ale wiązało się to z tym, że więcej nigdy już nie dotykał blondyna w ten sposób.


W domu Jonghyun rozłożył koce na podłodze obok łóżka. Mieszkał w jednym pokoju, bo tak mu było wygodniej, a przynajmniej tak zawsze wmawiał członkom zespołu. Minho ułożył na łóżku pod stosem bluz i kołdrą. Wiedział, że przyda mu się teraz dużo ciepła. Kibum niechętnie zajął miejsce obok rapera. Z naburmuszoną miną wpatrywał się w okno. Było już późno, ale nie mógł zasnąć. Jonghyun po zgaszeniu światła, położył się na podłodze, co również irytowało divę. Odczekał do momentu, aż oddech Dino stał się umiarkowany. Usiadł na łóżku, zerknął przez ramię na czarnowłosego, któremu się trochę poprawiło, bo zaczął cicho chrapać. Po chwili zsunął się z łóżka, odsunął kocyk Jjonga i przyległ do jego ciepłego ramienia. Odetchnął z ulgą na myśl, że mu się udało.


- Nie tu miałeś spać.


Kibum, aż zadrżał na dźwięk znajomego głosu. Spojrzał na twarz oświetloną przez blask księżyca. Te ogromne oczy, zdawały się jeszcze większe. On naprawdę wyglądał jak szczeniak, przyznał sam sobie z rozczuleniem.


- Ciiii…. – wyszeptał blondyn, wtulając się mocno w starszego, żeby go udobruchać.


Zaczęli mruczeć między sobą czułe słówka, dopóki nie zmógł ich sen. To był ciężki dzień.


Od rana wydzwaniał telefon, ale Jonghyun wraz z Kibumem mieli to w poważaniu. Młodszy postanowił wstać dopiero wtedy, gdy usłyszał za sobą niski głos. Ich raper już najwyraźniej miał się dobrze, więc nie było się o co martwić. Burczał coś niezrozumiale do telefonu uśmiechając się smutno. Diva domyślił się z kim rozmawia. Zerwał się na równe nogi i wyrwał mu telefon, żeby móc nawtykać Taeminowi, po raz kolejny, za jego niepoważne zachowanie. Dzień zleciał im nadzwyczaj szybko. Wieczorem Minho był na tyle sprawny, że wrócił do domu. Key w sumie też musiał to uczynić, chociaż wolałby więcej czasu spędzić ze swoim ukochanym. Tydzień zleciał nie wiadomo kiedy. Cały czas wywiady, parę sesji, aż nadszedł upragniony weekend. Dwa dni wolnego na które zaprosił do siebie Jjonga. Przygotował kolację, wprowadził odrobinę romantycznego nastroju, a gdy gość przekroczył próg po prostu się na niego rzucił. Kilka dni wcześniej wyznali sobie miłość, więc nie było sensu niczego dłużej ukrywać, bądź trzymać na wodzy. Diva pragnął wszystkiego tu i teraz. Całowali się namiętnie z Jonghyunem. Ściągnął z niego bluzkę i nawet nie wiedział, kiedy wylądował na łóżku. Nie potrafił się oderwać od ciepłych, pulsujących ust. Zadzwonił telefon. Zignorowali to. Key obrysowywał czubkiem języka kształt warg kochanka, jednak znów przerwał im telefon. Blondyn westchnął sięgając po komórkę. Obiecał sobie, że odegra się na kimś kto przerywa mu tak długo oczekiwaną chwilę, jednak zamarł przez to co usłyszał. Odepchnął od siebie Dino, który usilnie próbował odwrócić uwagę starszego od rozmowy i skupić ją na sobie, po czym usiadł na łóżku.


- Minho jest rzekomo ledwo żywy. Musimy się spieszyć!! – wykrzyczał spanikowany Kibum.


Zebrali się w 3 sekundy. Jonghyun mamrotał non-stop coś pod nosem. Key nawet nie zdawał sobie sprawy ile wysiłku kosztowało niższego kontrolowanie się przez tyle czasu. Gdyby nie ten incydent na pewno skonsumowali by swoją miłość. Po drodze młodszy już sobie wymyślał, co nawtyka maknae, za takie wyczucie czasu i nie przestrzeganie rad. Wzięli ze sobą krew w torebce, po czym udali się do mieszkania Taemina. Jak zwykle wykonali rutynowe czynności, które już nawet nie tyle przerażały co irytowały. Po akcji nawrzeszczał na najmłodszego jak jeszcze nigdy, a nawet przyłożył mu w twarz dla opamiętania, bo już nie miał pojęcia co robić z tym dzieciakiem. Oczywiście ten incydent tak zdenerwował Tae iż rzucił się on na Kibuma. Na szczęście Jonghyun szybko rozdzielił walczących. Szarpnął maknae za fraki, po czym wyrzucił go na korytarz. Stał tyłem do reszty, dlatego tylko najmłodszy mógł dostrzec niebezpieczny błysk w jego oku i się poddał. U wampirów istniały hierarchię, których łamać nie było sensu. Prawdopodobnie Taemin umarłby w tej walce, więc wolał nie ryzykować.



Dwa dni później raper znów odwiedził kochanka, jednak tej nocy wszystko miało się zmienić. Maknae postanowił spróbować ostatni raz. Za każdym razem wprowadzał Minho w błogi stan, w którym mało co do niego docierało, coś w rodzaju hipnozy. Robił to tylko z tego względu, że nie chciał by mężczyzna odczuwał jakikolwiek ból. Walczył ze sobą już mnóstwo razy, jednak zawsze efekt był ten sam.


- Minho… Czy ty i ja… Czy my… Jeżeli umrzemy…. Myślisz, że trafimy w to samo miejsce?


- Na pewno. Wątpię by tam miało się cokolwiek zmienić.


Tae przełknął głośno ślinę, po czym spytał.


- Czyli tam wampiry wciąż potrzebują krwi?


- Niee. Tam każdy jest samowystarczalny. Nie przejmuj się tak. W końcu Ci się uda. Wierzę w to, dlatego tu jestem.


Młodszy uśmiechnął się delikatnie, potakując skinieniem głowy. Napisał szybkiego smsa, po czym spróbował zbliżyć się do czarnowłosego. Nie trzeba było wiele. Kilka głębszych pocałunków sprawiło, że kły Taemina wbijały się w szyję Minho. Tym razem był już pewien co chce uczynić. Czuł łzy na swoich policzkach. Kochał go. Naprawdę był egoistą, ale postanowił już nigdy więcej go nie krzywdzić, tylko być z nim razem szczęśliwym. Dopił ostatnią kroplę jego krwi. Gdy usłyszał szelest za plecami, odsunął się od sztywnego ciała. Spojrzał na człowieka w dziwnym stroju, który wymierzył w niego dużych rozmiarów pistoletem. Dojrzał pod czapką twarz Onew, do którego napisał wcześniej smsa. Nie mógłby tu żyć ze świadomością iż Minho nie ma na tym świecie. Zamknął oczy, usłyszał jak coś przecina powietrze, a po chwili wbija się w jego ciało. Była to mała, srebrna strzałka z trucizną. Łowcy tak polowali na wampiry. Ustrojstwo utknęło w jego środku, wywołując wrażenie, jakby wszystkie jego wnętrzności zostały rozrywane. Ból był niewyobrażalny, ale na szczęście nie trwał długo. Ostatnie co zdążył uczynić to spleść swoje palce z palcami starszego.

niedziela, 3 sierpnia 2014

''Lost in this world''; 2min

Spójrz na mnie. Proszę, spójrz chociaż raz. No daj spokój… przecież wiesz, że tu jestem. Mały, kruchy, czekający z ciężkim sercem na jakikolwiek przejaw zainteresowania z twojej strony. Wiem, że nam nie wolno. Nie teraz i nie tutaj, a jednak… Dlaczego to zawsze tak samo boli, Minho? Nie spojrzałeś. Ty nigdy nie patrzysz – nie, kiedy robią to inni.

Lost in this world,
I even get lost in your eyes.


Północ, hotelowy pokój w Nowym Jorku. Zgasły światła, a więc to nasz czas, prawda? Musimy być ostrożni, zawsze to powtarzasz. Przeczesujesz palcami moje włosy, nigdy nie spuszczając oczu z moich – zupełnie jakbyś widział tylko mnie, a reszta świata przestała istnieć. ‘Taemin-ah… Saranghae.’ szepczesz, jednocześnie muskając ustami moje wargi. Chwilę po tym, bez zbędnego pośpiechu, składasz na nich czuły pocałunek, po czym bierzesz mnie na ręce i układasz najdelikatniej jak potrafisz na zimnej pościeli. To nic, w końcu obaj wiemy, że za chwilę będzie tak samo gorąca jak nasze rozpalone ciała. Uśmiecham się na tę myśl i przyciągam cię bliżej siebie, rozkoszując się dotykiem twojej nagiej skóry.

My hands longing to touch you
I can barely breathe
Starry eyes that make me melt
Rigt in front of me


Jestem tylko twój i nie zmarnujesz tego, nie teraz, kiedy możesz mnie mieć. 
Będziesz mnie kochał przez całą noc, długo i namiętnie. I nagle wiem, że mimo wszystko jestem dla ciebie najważniejszy. A moje serce nie jest już takie ciężkie. 

And when the lights go down, am I the only one?

______________________________________________________________________________________

Songfic zainspirowany piosenką Anouk - Lost in this world. Wiem, że jest tragicznie krótki, a jeśli chodzi o styl i formę podobny do poprzedniego wpisu, ale muszę się jakoś powoli rozkręcić, zanim będę w stanie spróbować sił w czymś ambitniejszym. Przy okazji chciałam też podziękować Minchannie [shininglullaby] za ten piękny szablon - mój Synek jest taki utalentowany!

środa, 30 lipca 2014

''Love, it's over now''; KaiSoo


Jongin-ah… Byłeś całym moim światem. Pamiętam, kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem. Poczułem dziwny ucisk w okolicach serca, jeden z tych, które tak naprawdę wcale nie są nieprzyjemne. Z niecierpliwością wyczekiwałem każdego następnego, wiedząc, że pojawi  się kiedy tylko moje myśli zaczną krążyć wokół ciebie. Traktowałeś wszystkich z dystansem, z czasem otwierając się na kolejne osoby, ale nigdy do końca nie zdradzając swoich prawdziwych uczuć. Mimo to ja wiedziałem. I choć od samego początku zdawałem sobie sprawę, że nigdy nie spojrzysz na mnie tak, jak tego pragnąłem, potrzebowałem cię bardziej niż kogokolwiek innego. Dla ciebie byłem nikim; byłem za to czymś – zabawką, po którą sięgałeś tylko i wyłącznie wtedy, kiedy nic innego nie było w stanie ci pomóc. Po wszystkim odkładałeś mnie na zakurzoną półkę, pośród wielu innych zabawek, które znaczyły dla ciebie nie więcej niż ja. Do żadnej nie byłeś jakoś szczególnie przywiązany, w końcu zawsze mogłeś znaleźć nowe, prawda? Jednak kiedyś, jakiś czas po naszym debiucie, odniosłem wrażenie, że pośród prób, koncertów i imprez, mam w tym wszystkim specjalne miejsce. Trwało to bardzo krótko, ale wystarczająco długo, bym pokochał cię jeszcze bardziej. Niezaprzeczalnie wciąż byłem jedną z wielu innych zabawek, ale wiedziałem, że nikt inny nie był w stanie zrobić dla ciebie tego co ja. Byłem z tobą najdłużej, znałem cię lepiej niż siebie samego. Najszybciej, a zarazem najsprawniej potrafiłem ukoić twoje cierpienie oraz ból. Jako jedyny rozumiałem co tak naprawdę czujesz i jak bardzo jesteś nieszczęśliwy. Wiedziałeś o tym, więc często zdejmowałeś mnie z tej smutnej półki, na której cierpliwie czekałem na swoją kolej. Zdmuchiwałeś kurz, przytulałeś mnie do siebie z całej siły i szeptałeś gorączkowo, jak bardzo mnie potrzebujesz. ‘Kyungsoo-ah... Hyung…’ powtarzałeś w kółko, mocno zaciskając oczy i chowając twarz w moich włosach. Powtarzałeś też to, w co tak bardzo chciałem wierzyć - że jestem jedyny, że nikt inny się nie liczy. A ja chociaż nie do końca rozumiałem co masz na myśli – przecież półka nigdy nie była pusta – zaspokajałem cię godzinami, obiecując, że wszystko jakoś się ułoży. Tak bardzo chciałem ci pomóc. Tak bardzo, że gdzieś po drodze do tego mojego wymarzonego świata, w którym byłeś tylko ty i ja, zgubiłem samego siebie. Walczyłem o nasze szczęście, ale ty budowałeś mur ochronny z mokrego piasku, który wysychał na słońcu i rozpadał się. Tylko wtedy mnie wpuszczałeś. Zdarzało się, że słońce nie świeciło całymi tygodniami, wiec nawet ze mną nie rozmawiałeś. W końcu były jeszcze inne zabawki. Po pewnym czasie przestałem się tym przejmować, a przynajmniej na tyle, na ile byłem w stanie. Wystarczała mi sama świadomość, że niedługo znów będziesz mnie potrzebował i nie liczyło się nic innego. Jednak z każdym kolejnym dniem dociera do mnie, na co ci pozwoliłem. Prawda jest taka, Jongin-ah, że mnie zniszczyłeś. Czy kiedykolwiek choć trochę ci na mnie zależało? Chciałbym powiedzieć, że żałuję, ale tak nie jest. Niczego nie żałuję. Nawet teraz, znając finał tej historii, prawdopodobnie postąpiłbym dokładnie tak samo. I to nie tak, że cię nienawidzę. Po prostu nie mam już siły cię kochać. Na koniec chciałbym tylko wiedzieć co czujesz… Co czujesz, widząc w moich pozbawionych życia oczach swoją uśmiechniętą twarz?                 

             
                                 

czwartek, 24 lipca 2014

You're my vampire. [ Alex & Kevin (Ukiss)]

Alexander stał przed białymi drzwiami i po raz setny sprawdzał zgodność numeru na nich z kartką trzymaną w ręce. Gdy uznał, że trafił pod właściwe, wszedł do środka. Rozejrzał się po sali. Na jednym z łóżek leżało drobne ciałko w różowym szlafroku z ryjkiem prosiaczka na kapturze. Ciemnowłosy uśmiechnął się pod nosem. Przypomniało mu się jak jeszcze kilka dni temu przyjaciel rzucał mu się na szyję, gdy tylko wchodził. Teraz to było niemożliwe, z każdą minutą Kevin tracił siły. Codziennie przenosili go na inny oddział. Ten miał być ostatni. Alex podszedł na paluszkach w stronę blondyna i delikatnie pomiział go po policzku. Młodszy leniwie otworzył oczy, po czym posłał kumplowi lekki uśmiech.

- Jesteś w końcu. Myślałem, że się nie doczekam. - Powiedział ospałym głosem Kevin.

- Wiesz, że odwiedzam cię kiedy tylko mogę, czyli prawie codziennie. - Delikatne mizianie stało się tarmoszeniem policzka.

- Alex! - Jęknął blondyn, odpychając dłoń mężczyzny.

-Owszem, tak mam na imię. - Ciemnowłosy posłał mu delikatny, ale ciepły uśmiech. - Czemu się tak dziwnie ubrałeś?

Kevin popatrzył na towarzysza spod byka:

- To ja tu dla ciebie założyłem swój sexowny szlafroczek, a ty się nabijasz?

Alex nic nie odpowiedział. Odchylił kołnierz z różowego materiału i przyjrzał się ranie nad obojczykiem.

- Goi się. - Wyszeptał Eusebio. - Niedługo znowu będziemy się kłócić o miejsca przy oknie w busie.

- Nie musisz mi mydlić oczu. Wiem, że umieram. - Odparł z powagą blondyn.

- Nie mydlę. Tak będzie. Zobaczysz. - Mężczyzna spuścił wzrok i dodał po chwili. - Przepraszam. Gdybym nie zaciągnął cię siłą do mojej ciotki… Nie musiałbyś teraz… - Pociągnął nosem.

- Xander, nie rozklejaj mi się tu, no! Domek twojej cioci jest naprawdę piękny! W zaciszu, blisko lasu. - Rozmarzył się na moment. - Tam, dałeś mi coś wspaniałego i jakbym mógł cofnąć czas, chciałbym powtórzyć każdą chwilę. - Sięgnął po dłoń towarzysza.

- Oh, Kevin... - Rzekł rozczulony ciemnowłosy. - Jak tylko wypiszą cię ze szpitala, pojedziemy tam i ofiaruję ci coś dla mnie najcenniejszego.

- Już to otrzymałem. - Chłopak wpatrywał się błyszczącymi oczami w wyższego.

- Zawsze można to powtórzyć. - Rzekł zawadiacko i mrugnął do niego.

- Zboczeniec.

***

Następnego dnia Alexander musiał uczestniczyć w wywiadzie i sesji zdjęciowej, także o odwiedzinach nie było mowy. Myśląc jednak o tym, żeby Kevin się nie zanudził, postanowił wysłać do niego Eli’a. Dzień zleciał mu szybko i męcząco, więc uszczęśliwiony walnął się na łóżko i zasnął w tempie natychmiastowym.

***

Ciemnowłosy wszedł do szpitala z szybko bijącym sercem. „Czego ja się tak boję? Przecież to wszystko co się dzieje jest normalne.”

- Przepraszam, w której sali leży Woo Sung Hyun? - Alex spytał kobietę w recepcji, która coś sprawdzała na komputerze.

Po dłuższej chwili przypatrzyła się mężczyźnie i odrzekła ze sztuczną słodyczą w głosie:

- Bardzo mi przykro…

Te słowa wystarczyły by wychwycić aluzję.

- Rozumiem. - Odparł beznamiętnie, czym zdziwił recepcjonistkę. - Mogę się zobaczyć z jego lekarzem?

- Owszem, gabinet po lewej. - Kobieta wyszła zza lady by zaanonsowała gościa. 

Wracając uśmiechała się delikatnie, a na twarzy miała odmalowane wyrazy współczucia:

-Doktor pozwala panu na wizytę.

-Dziękuję.

Alex podążył do pomieszczenia i zasiadł przed osobą w białym fartuchu.

- Witam. Spodziewałem się kogoś w tej sprawie. - Powitał go lekarz.

- Mógłby pan powiedzieć jakie były przyczyny zgonu? - Postanowił przejść do rzeczy.

- W nocy akcja serca została nagle zatrzymana.

- Czy pozwoli mi pan go zobaczyć?

- Bardzo bym chciał, ale ciało może oglądać tylko żona lub rodzina.

- Nie uważa pan, że był za młody na żonę? - Eusebio postanowił się trochę podroczyć.

Doktor odchrząknął:

- W takim razie narzeczona lub dziewczyna.

- A chłopak?

Postawione pytanie widocznie zmieszało mężczyznę w fartuchu, masującego się po karku:

- Czyli jest pan..? - Specjalista ponownie odchrząknął. - Oczywiście może pan… Jak najbardziej… Proszę za mną.

Zeszli do podziemi szpitala, którego górna część prezentowała się nienagannie, za to dół był wręcz obskurny. Nagle lekarz zatrzymał się przed kostnicą i zamarł w bezruchu, a zaskoczony ciemnowłosy poszedł w jego ślady. Słyszał jak z oddali ktoś uderza w coś metalowego, krzycząc przy tym w niebogłosy.

- Pozwoli pan, że wejdę pierwszy. - Zaoferował się Alexander i nie czekając na odpowiedź wszedł do pomieszczenia. Czuł, że ma gęsią skórkę, jednak chęć ujrzenia Kevina zwyciężyła. Doktor znalazł się tuż za jego plecami i wskazał komorę, którą należało wysunąć, aby przyjrzeć się ciału. Krzyk i pukanie ustało.

- Powyżej znajduje się zakład psychiatryczny, ale pierwszy raz zachowują się tak głośno. - Tłumaczył lekarz, jednak mężczyzna wcale nie wysilał się na słuchanie go. Lee Eusebio drżącymi dłońmi rozsuwał worek, w którym znajdowały się zwłoki jego ukochanego. Łzy cisnęły mu się do oczu widząc blade, chuderlawe ciałko. Odgarnął młodszemu kosmyk włosów z czoła i zakrył wolna dłonią swoje usta nie mogąc wytrzymać napięcia. Drugą dłoń przyłożył do miejsca w którym do niedawna była rana, a teraz pozostała po niej tylko blizna. Wykonał gwałtowny obrót w stronę doktora, jego oczy znacznie się powiększyły.

- Proszę pana… On…. On… Oddycha…. - Wymówił z nuta zdziwienia, tryumfu oraz radości.  


Spragniony krwi blondyn wydał charkot z gardła, powolnie otworzył powieki, po czym rzucił się na mężczyznę w białym fartuchu.