Wezwany nagłym
telefonem Kibum, wchodził na drugie piętro. Był środek nocy i niechętnie zebrał
się ze swojego wygodnego łóżka. Zapukał do drzwi, które niemal natychmiast się
otworzyły. Stał w nich bardzo zdenerwowany Taemin. W powietrzu dało się wyczuć
niepokój. Tym bardziej, jeżeli musiało się patrzeć na zakrwawioną brodę oraz
bluzkę maknae. Key zlustrował z niesmakiem najmłodszego.
- Ile już razy Ci powtarzałem, żebyś… - nie dane mu
było dokończyć, bo został szarpnięty za nadgarstek do środka.
- Nie mogłem się powstrzymać! – mruknął Tae, prawie
płacząc.
- To trzeba się z nim w ogóle było nie spotykać!! –
krzyknął rozwścieczony Kibum. –Gdzie on jest?
Rudowłosy zaczął wybierać numer na telefonie, palcem
wskazując sypialnię, w kierunku której udał się diva. Zatkał usta dłonią, bo
zrobiło mu się nie dobrze na widok drgającego Minho, również całego we krwi. W
mieszkaniu maknae jak zwykle panował półmrok, więc ciężko było określić w jak
złym stanie był raper. Blondyn podszedł do łóżka z trudem powstrzymując się od
zwrócenia późnej kolacji. Przyłożył dwa palce do najmniej zakrwawionego miejsca
na szyi. Wyczuł tętno i zaczął je odliczać z zegarkiem. Minho powoli odchodził
z tego świata… Tae wszedł do pokoju piszcząc oraz wydając bliżej
niezidentyfikowane ludzkiemu uchu dźwięki.
- Jongh..yun… Wchodzi już. Zaraz będzie na górze.
Faktycznie pół minuty później Jjong znalazł się w
pomieszczeniu. Przepchnął chłopaków, żeby wziąć czarnowłosego na ręce.
-Musimy się spieszyć. – rzucił ponaglające spojrzenie
Kibumowi, po czym wyszedł z mieszkania, niosąc ledwo żyjącego rapera do
samochodu.
- Ty zostajesz. – warknął Key na Tae, który szykował
się do wyjścia. – Przemyślisz swoją głupotę i czy warto było.
- Sam wiesz, że to nie jest moja wina… Gdybym miał
więcej silnej woli, albo gdyby jego krew była mniej słodka…
- Ostatnio zdarza ci się to za często. Nie ma już
szpitala, którego byśmy nie odwiedzili!! Pewnego razu go zabijesz! Rozumiesz,
kretynie??!! Trzymaj te swoje zwierzęce instynkty na wodzy, albo przestań się z
nim spotykać. Nie myśl tylko o sobie, bo jeżeli nie zginie tym razem to
następnym. – ostatnie słowa wręcz wysyczał.
Widział jeszcze, jak Tae ze złości obnaża swoje
kiełki, więc trzepnął drzwiami, następnie zbiegając do samochodu. Dino
widocznie również nie był w humorze, bo zaczął wrzucać Kibumowi, że za długo mu
ze wszystkim schodzi. Ruszyli z piskiem opon w kierunku najbliższego szpitala.
Na miejscu obaj wysiedli w tym samym czasie. Biegiem rzucili się do drzwi.
Wpadli do środka. Jonghyun trzymał się za serce. Miał zakrwawioną koszulę, więc
był wiarygodniejszy. Padł na kolana i zaczął głęboko oddychać. Ludzie szybko
zebrali się wokół niego, a blondyn wykorzystał sytuację i pobiegł po krew. Znał
rozmieszczenie szpitala, więc szybko trafił do odpowiedniego pomieszczenia.
Wziął z lodówki tyle torebek ile zdołał umieścić pod T-shirtem. Były
nieprzyjemnie chłodne, Kibuma aż ciarki przechodziły z obrzydzenia. Przed
wyjściem złapał jeszcze gazę i wodę utlenioną. Ruszył z powrotem do wejścia,
gdzie Jjong dał pomóc sobie wstać, dość przystojnemu lekarzowi. Widział jak
starszy dyskretnie na niego spogląda, więc poszedł do auta. Jongyun znalazł się
w nim minutę później. Odjechali kawałek od szpitala na parking blisko lasu.
Cała akcja zabierała nie więcej niż 7 minut, ale było to bardzo stresujące 7
minut, odbierające co najmniej 3 godziny spokojnego życia.
- Ja go będę trzymał, a Ty mu podaj krew. – zarządził
Dino, który chwilę później siedział już z tyłu na fotelu, podnosząc
nieprzytomnego rapera do pozycji siedzącej.
Kibum znalazł się po drugiej stronie. Otworzył jedną
torebeczkę, po czym z trudem wlewał ją w usta Minho. Po ilości, jaka znalazła
się na bluzce młodszego, przypuszczał, że nawet pół torebki nie trafiło do
organizmu. Jednak lepsze było to niż nic. Inaczej by umarł.
- Biorę go do siebie. – powiedział Jjong.
- Jadę z wami.
- Wiesz, że nie mam tyle miejsca, żeby pomieścić na
łóżku was obu i siebie. Chyba, że nie przeszkadza ci perspektywa spania, obok
prawie trupa.
Diva miał delikatne awersje do krwi, jednak wizja
zostania samemu w domu bardziej go przerażała. Wolał zostać u boku kogoś
znacznie silniejszego.
- Chcę iść do ciebie, proszę.
Key zrobił tak słodką minę, że nikt nie byłby w stanie
odmówić. Chwilę później odjechali z parkingu.
- Jak myślisz, czemu to robi? –zagadał blondyn w
trakcie powrotu do domu Jonghyuna. – Taemina staram się jeszcze trochę
rozumieć. – wylał wodę utlenioną na gazę. – Przychodzi moment, że potrzeby
biorą w górę, dlatego rzuca się na kochanka, ale Minho? Po co tam łazi, wiedząc
co go czeka? –delikatnie zaczął przemywać zakrzepniętą krew na szyi rapera.
Słychać było głośne westchnięcie. Starszy najwyraźniej
zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Pewnie go po prostu kocha. Możliwe, że ma nadzieję,
że dzięki temu Tae, stanie się kiedyś silniejszy…
- Myślisz, że oni TO robili, zanim… -odchrząknął cicho.
- Wątpię. Na pewno zaczął go podniecać, krew wtedy
zaczyna szybciej płynąć i wręcz buzować. Tae nie wytrzymał tego, a nadzieje
Minho ponownie zawiodły. Wydaje mi się, że to najprawdopodobniejszy scenariusz.
Zapadło milczenie. Nastała dłuższa cisza. Kibum
kończył przemywać ranę na szyi, bo gaza już do niczego się nie nadawała.
- Przecież to poświęcenie. Trzeba by było być idiotą,
żeby łudzić się iż wampir kiedykolwiek przestanie pragnąć krwi. Nie mam racji?
Dobrze, że mamy tylko jednego w zespole.
Jonghyun nie odpowiedział. Uniósł kącik ust w
uśmiechu, którego nikt nie mógł dostrzec. Pomyślał o tym, jak raz stracił
kontrolę przy Kibumie. Dokładnie w momencie, który wcześniej opisał. Wgryzł się
w szyję ukochanego, delektując się jego krwią. Na szczęście zdołał się w porę
od niego oderwać, by go nie zabić. Młodszy stracił przytomność, a o poranku
zupełnie nic nie pamiętał. Dino wykorzystał ten fakt. Zakazał Keyowi wstawać
przez parę dni, dopóki ślady się nie zabliźniły i dbał o niego jak o
księżniczkę. Od tamtej pory walczył sam ze sobą, dzięki czemu stał się
silniejszy. Obiecał sobie, że to już nigdy się nie powtórzy, ale wiązało się to
z tym, że więcej nigdy już nie dotykał blondyna w ten sposób.
W domu Jonghyun
rozłożył koce na podłodze obok łóżka. Mieszkał w jednym pokoju, bo tak mu było
wygodniej, a przynajmniej tak zawsze wmawiał członkom zespołu. Minho ułożył na
łóżku pod stosem bluz i kołdrą. Wiedział, że przyda mu się teraz dużo ciepła.
Kibum niechętnie zajął miejsce obok rapera. Z naburmuszoną miną wpatrywał się w
okno. Było już późno, ale nie mógł zasnąć. Jonghyun po zgaszeniu światła,
położył się na podłodze, co również irytowało divę. Odczekał do momentu, aż
oddech Dino stał się umiarkowany. Usiadł na łóżku, zerknął przez ramię na
czarnowłosego, któremu się trochę poprawiło, bo zaczął cicho chrapać. Po chwili
zsunął się z łóżka, odsunął kocyk Jjonga i przyległ do jego ciepłego ramienia.
Odetchnął z ulgą na myśl, że mu się udało.
- Nie tu miałeś spać.
Kibum, aż zadrżał na dźwięk znajomego głosu. Spojrzał
na twarz oświetloną przez blask księżyca. Te ogromne oczy, zdawały się jeszcze
większe. On naprawdę wyglądał jak szczeniak, przyznał sam sobie z rozczuleniem.
- Ciiii…. – wyszeptał blondyn, wtulając się mocno w
starszego, żeby go udobruchać.
Zaczęli mruczeć między sobą czułe słówka, dopóki nie
zmógł ich sen. To był ciężki dzień.
Od rana wydzwaniał
telefon, ale Jonghyun wraz z Kibumem mieli to w poważaniu. Młodszy postanowił
wstać dopiero wtedy, gdy usłyszał za sobą niski głos. Ich raper już
najwyraźniej miał się dobrze, więc nie było się o co martwić. Burczał coś
niezrozumiale do telefonu uśmiechając się smutno. Diva domyślił się z kim
rozmawia. Zerwał się na równe nogi i wyrwał mu telefon, żeby móc nawtykać
Taeminowi, po raz kolejny, za jego niepoważne zachowanie. Dzień zleciał im
nadzwyczaj szybko. Wieczorem Minho był na tyle sprawny, że wrócił do domu. Key
w sumie też musiał to uczynić, chociaż wolałby więcej czasu spędzić ze swoim
ukochanym. Tydzień zleciał nie wiadomo kiedy. Cały czas wywiady, parę sesji, aż
nadszedł upragniony weekend. Dwa dni wolnego na które zaprosił do siebie
Jjonga. Przygotował kolację, wprowadził odrobinę romantycznego nastroju, a gdy
gość przekroczył próg po prostu się na niego rzucił. Kilka dni wcześniej
wyznali sobie miłość, więc nie było sensu niczego dłużej ukrywać, bądź trzymać
na wodzy. Diva pragnął wszystkiego tu i teraz. Całowali się namiętnie z
Jonghyunem. Ściągnął z niego bluzkę i nawet nie wiedział, kiedy wylądował na
łóżku. Nie potrafił się oderwać od ciepłych, pulsujących ust. Zadzwonił
telefon. Zignorowali to. Key obrysowywał czubkiem języka kształt warg kochanka,
jednak znów przerwał im telefon. Blondyn westchnął sięgając po komórkę. Obiecał
sobie, że odegra się na kimś kto przerywa mu tak długo oczekiwaną chwilę,
jednak zamarł przez to co usłyszał. Odepchnął od siebie Dino, który usilnie
próbował odwrócić uwagę starszego od rozmowy i skupić ją na sobie, po czym
usiadł na łóżku.
- Minho jest rzekomo ledwo żywy. Musimy się spieszyć!!
– wykrzyczał spanikowany Kibum.
Zebrali się w 3 sekundy. Jonghyun mamrotał non-stop
coś pod nosem. Key nawet nie zdawał sobie sprawy ile wysiłku kosztowało
niższego kontrolowanie się przez tyle czasu. Gdyby nie ten incydent na pewno
skonsumowali by swoją miłość. Po drodze młodszy już sobie wymyślał, co nawtyka
maknae, za takie wyczucie czasu i nie przestrzeganie rad. Wzięli ze sobą krew w
torebce, po czym udali się do mieszkania Taemina. Jak zwykle wykonali rutynowe
czynności, które już nawet nie tyle przerażały co irytowały. Po akcji
nawrzeszczał na najmłodszego jak jeszcze nigdy, a nawet przyłożył mu w twarz
dla opamiętania, bo już nie miał pojęcia co robić z tym dzieciakiem. Oczywiście
ten incydent tak zdenerwował Tae iż rzucił się on na Kibuma. Na szczęście
Jonghyun szybko rozdzielił walczących. Szarpnął maknae za fraki, po czym
wyrzucił go na korytarz. Stał tyłem do reszty, dlatego tylko najmłodszy mógł
dostrzec niebezpieczny błysk w jego oku i się poddał. U wampirów istniały
hierarchię, których łamać nie było sensu. Prawdopodobnie Taemin umarłby w tej
walce, więc wolał nie ryzykować.
Dwa dni później raper znów odwiedził kochanka, jednak
tej nocy wszystko miało się zmienić. Maknae postanowił spróbować ostatni raz.
Za każdym razem wprowadzał Minho w błogi stan, w którym mało co do niego
docierało, coś w rodzaju hipnozy. Robił to tylko z tego względu, że nie chciał
by mężczyzna odczuwał jakikolwiek ból. Walczył ze sobą już mnóstwo razy, jednak
zawsze efekt był ten sam.
- Minho… Czy ty i ja… Czy my… Jeżeli umrzemy….
Myślisz, że trafimy w to samo miejsce?
- Na pewno. Wątpię by tam miało się cokolwiek zmienić.
Tae przełknął głośno ślinę, po czym spytał.
- Czyli tam wampiry wciąż potrzebują krwi?
- Niee. Tam każdy jest samowystarczalny. Nie przejmuj
się tak. W końcu Ci się uda. Wierzę w to, dlatego tu jestem.
Młodszy uśmiechnął się delikatnie, potakując
skinieniem głowy. Napisał szybkiego smsa, po czym spróbował zbliżyć się do
czarnowłosego. Nie trzeba było wiele. Kilka głębszych pocałunków sprawiło, że
kły Taemina wbijały się w szyję Minho. Tym razem był już pewien co chce
uczynić. Czuł łzy na swoich policzkach. Kochał go. Naprawdę był egoistą, ale
postanowił już nigdy więcej go nie krzywdzić, tylko być z nim razem
szczęśliwym. Dopił ostatnią kroplę jego krwi. Gdy usłyszał szelest za plecami,
odsunął się od sztywnego ciała. Spojrzał na człowieka w dziwnym stroju, który
wymierzył w niego dużych rozmiarów pistoletem. Dojrzał pod czapką twarz Onew,
do którego napisał wcześniej smsa. Nie mógłby tu żyć ze świadomością iż Minho
nie ma na tym świecie. Zamknął oczy, usłyszał jak coś przecina powietrze, a po
chwili wbija się w jego ciało. Była to mała, srebrna strzałka z trucizną. Łowcy
tak polowali na wampiry. Ustrojstwo utknęło w jego środku, wywołując wrażenie,
jakby wszystkie jego wnętrzności zostały rozrywane. Ból był niewyobrażalny, ale
na szczęście nie trwał długo. Ostatnie co zdążył uczynić to spleść swoje palce
z palcami starszego.
Co Ty masz z tymi wampisiami ChanKi? Vampire Lover :D Bardzo mi się podobało, nie spodziewałam się takiego zakończenia. Eh, co ta miłość robi z ludźmi... i wampirami. A co do Kibuma to nieźle by się zdziwił gdyby znał prawdę o Jjongu. Teraz czekam na MinKey <3
OdpowiedzUsuń